Automatyczne audyty – sprawdzać czy nie?

W sieci dostępnych jest multum darmowych narzędzi do sprawdzania wszystkiego co się da – od pytań „jakie opony dobrać do mojego samochodu” po „czy moje objawy sugerują raka”. To samo jest prawdziwe dla SEO. Tutaj również mamy narzędzia do zrobienia „darmowego audytu w 90 sekund”. Bardzo fajnie, ale…. No właśnie – „ale”.

Typy darmowych sprawdzarek

Darmowe audyty

Zanim dojdziemy do „ale” zobaczmy co właściwie możemy sprawdzić w sieci jeśli chodzi o SEO. W tym przypadku niekwestionowanym liderem jest darmowy audyt SEO. Nic dziwnego – w końcu koszt audytu zrobionego przez specjalistę to zazwyczaj przynajmniej 1000 zł, a nawet tych tysięcy kilka. Po co zatem mam płacić grube kwoty, skoro mogę sobie zrobić audyt sam i za darmo?

Jak widać, darmowe audyty cieszą się ogromną popularnością. Oferują je niezależne strony, czasem również agencje SEO albo narzędzia, które w ten sposób chcą zachęcić użytkownika do zakupu ich rozwiązania do poprawy stanu strony.

Audyt taki w końcu sprawdzi najważniejsze elementy – stan indeksacji, meta tagi, grafiki, nagłówki, często też szybkość strony czy ilość słów na stronie. Fantastycznie! Biorę trzy!

Yoast SEO

Kolejnym bardzo popularnym narzędziem jest darmowa wtyczka do WordPress – Yoast SEO. Po zainstalowaniu wtyczka wyświetla w panelu WordPress „lampki” określające poziom optymalizacji danej podstrony. Dane te bierze z analizy podobnych elementów jak darmowy audyt strony. Czyli w praktyce mamy darmowy audyt każdej podstrony serwisu. Żyć nie umierać!

Sprawdzanie szybkości

Niezależnie od obecności w audytach, bardzo popularne są też sprawdzarki szybkości serwisu. Od narzędzia bezpośrednio od Google – Page Speed Insights, przez GTMetrix, po sprawdzarki zintegrowane ze stronami czy to w ramach audytów czy jako niezależna usługa. Te narzędzia zazwyczaj nie posiadają problemów jeśli nie są sprzężone z darmowym audytem.

Pozostałe

Oczywiście istnieje ogromna ilość innych darmowych narzędzi do sprawdzania statystyk czy informacji związanych z SEO – chociażby wszelkie serwisy WHOIS, które pokazują nam informacje o domenie. Te jednak są już dosyć szczegółowe i zdecydowanie ustępują popularności dwóm zaprezentowanym największym przykładom – darmowym audytom i YOAST SEO.

Ale!

No właśnie, dojdźmy do tego wiszącego w powietrzu „ale”, które zakończyło nasz wstęp. Wszelkie darmowe rozwiązania mają ten sam problem, niezależnie do jakiej branży się odnoszą – są darmowe. Oznacza to, że są robione po najmniejszej linii oporu – korzystając z najbardziej podstawowych sposobów analizy. W przypadku darmowych audytów oraz sugestii YOAST oznacza to badanie poszczególnych elementów na podstawie analizy kodu i niczego więcej. Elementy te są analizowane również niezależnie od siebie, przez co nie są brane pod uwagę zależności między nimi. No i oczywiście najważniejsze: w przypadku darmowych audytów analizowana jest jedynie strona główna. Dowiesz się zatem, że masz za mało tekstu na stronie…. Głównej. Możesz mieć bloga z 1000 artykułów, ale masz za mało tekstu na stronie…. Głównej.

W praktyce oznacza to, że narzędzia przedstawiają jedynie suche informacje, ale są to informacje równie wartościowe, co wpisanie symptomów choroby do WebMD czy w Google – cokolwiek nie wpisać wyjdzie, że mamy raka. Bez analizy przez specjalistę dane te są praktycznie bezwartościowe.

Case study – Darmowy audyt

Przyjrzyjmy się jednemu z najpopularniejszych narzędzi które udostępnia darmowy audyt – SEOptimer. Przeskanowałem naszą stronę i otrzymałem wynik:

Fantastycznie. Dla mnie jako specjalisty SEO jest to dodatkowa informacja. Nadal jednak nie będę opierał się na tym w optymalizacji strony. Do dobrej optymalizacji wymagane są dwa elementy – płatne narzędzia (takie jak chociażby Screaming Frog) oraz ciągle aktualizowana wiedza o działaniu Google oraz algorytmów. Bez tego, opierając się jedynie na wynikach z darmowego audytu, możemy sobie zaszkodzić.

Przykładowo taki audyt pokazuje mi, że tag title na stronie jest za krótki. Problem w tym, że audyt sprawdza TYLKO długość tagu i to tylko na stronie głównej. Czyli opierając się na rekomendacjach mógłbym wstawić tag title i description w takiej formie:

I byłby to element zaliczony przez audyt jako poprawny. Ale czy jest poprawny? Oczywiście nie! Nie daje nam absolutnie nic pod kątem SEO.

Ale zróbmy jeszcze jeden test. Tym razem weźmy na warsztat stronę Google.pl. Oni przecież powinni się znać na optymalizacji, nie? To oni przecież stworzyli algorytmy do których staramy się dostosować strony.

Zaraz, zaraz, moment. Co tu się dzieje? Co to za apokalipsa? Jak to Google jest gorzej zoptymalizowane niż nasza strona?

Spokojnie! To nie koniec świata. To tylko ograniczenie takich narzędzi. Właśnie w tym leży problem – narzędzie to tylko narzędzie. Bada co mu się da do zbadania, ale nie bierze pod uwagę niczego poza zero-jedynkowymi wytycznymi. Wytycznymi, które powinny być dostosowane do funkcji strony. Czy Google.pl potrzebuje lepszej optymalizacji? Nie, absolutnie nie! Ale narzędzia to nie interesuje, ponieważ nie jest człowiekiem – nie jest specjalistą i nie jest w stanie dostosować zakodowanych wytycznych do sytuacji i funkcji strony. I to ponownie – tylko strony głównej.

No i właśnie – strona główna. Tutaj bardzo ważny element, czyli zakres sprawdzania przez narzędzia audytowe. Sprawdzana jest tylko strona główna, żadna inna podstrona. Rozwiązanie mogłoby być ok dla serwisu typu one-page, ale nie dla normalnej strony, a tym bardziej nie dla rozbudowanego ecommerce posiadającego setki czy tysiące podstron. W takim wypadku sprawdzenie jedynie strony głównej absolutnie nic nie da – wszak w serwisach ecommerce głównym motorem napędowym i głównym celem ściągania ruchu są produkty, nie strona główna.

Case study – YOAST SEO

Popatrzmy na przykładowe rekomendacje optymalizacyjne przedstawiane przez YOAST dla podstrony produktu. W ustawieniach zostało wpisane prawidłowe słowo kluczowe w mianowniku. Natychmiast po wpisaniu tej frazy lampka optymalizacji zapaliła się na czerwono. Przeanalizujmy dlaczego:

Idąc po kolei punktami:

  1. Nie każda podstrona powinna mieć link wychodzący, szczególnie podstrona produktu w sklepie internetowym – tu chcemy aby klient kupił produkt, a nie szedł do innej domeny
  2. Linkowanie wewnętrzne jest przydatne oczywiście. Mamy tutaj jednak do czynienia z dosyć niewielkim ecommerce we wczesnej fazie rozwoju, gdzie potencjał takiego linkowania na ten moment jest niewielki.
  3. Tekst opisu produktu był pisany z głównym celem opisu produktu, nie optymalizacji SEO. Czyli występowanie frazy w tekście jest naturalne.
  4. Długość tekstu – praktycznie jedyna słuszna uwaga z wtyczki
  5. W tytule jest nazwa produktu, która bez tej konkretnej frazy świetnie sobie poradzi, Google i tak to znajdzie
  6. O długości tagów pisałem już przy okazji case darmowego audytu, więc odeślę do tego fragmentu.
  7. Zmiana adresu URL, a to tutaj chodzi, nie jest krokiem który podejmujemy lekkomyślnie, a w tym przypadku nie widzimy takiej potrzeby

Patrząc na te wskazówki optymalizacyjne rzuca się w oczy bardzo ciekawy element – w jednym punkcie wtyczka sugeruje żeby nie optymalizować zbyt agresywnie. W kolejnych 2-3 punktach zaleca wrzucanie frazy kluczowej gdzie popadnie, pomimo że akurat w miejscach w których pojawiają się sugestie użycia tej frazy – nie jest ona potrzebna.

Najważniejsza jest jednak inna kwestia: YOAST sprawdza obecność słowa kluczowego tylko w formie wpisanej w polu na początku konfiguracji. Czyli jeśli wpiszemy „zestaw ogrodowy”, to fraza „zestawy ogrodowe”, „zestawów ogrodowych” czy „komplet ogrodowy” nie zostanie zaliczona – pomimo, że Google doskonale poradzi sobie z rozpoznaniem tych fraz jako synonimów.

W wersji płatnej wtyczki można oczywiście dopisać dodatkowe frazy, ale przyglądamy się rozwiązaniom całkowicie darmowym, więc wykluczamy ten element.

Warto czy nie?

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta, ponieważ jest standardową odpowiedzią SEO:

To zależy. W mojej opinii warto jest sprawdzić w ten sposób swoją stronę na etapie rozważania podjęcia działań SEO. Można dzięki temu zobaczyć, że strona POTENCJALNIE posiada problemy do naprawienia. Należy jednak mieć całkowitą świadomość, że te problemy będą zweryfikowane przez specjalistę SEO. Dokładnie tak samo potraktowałbym wpisywanie symptomów choroby w Google – mogą coś zasugerować, ale co najwyżej „jeśli pojawi się to i to – zgłoś się do lekarza”.

W tym przypadku, jak i w przypadku robienia darmowego audytu w trakcie działań SEO nie działajmy z podejściem „zrobiłem darmowy audyt i widzę że nie umiecie, ja wiem lepiej”. Takim działaniem nie wskóramy nic, poza stratą czasu specjalisty na obalanie każdego ze stwierdzeń. Ten czas mógłby być lepiej wykorzystany na przygotowanie dalszej strategii, raportowanie czy pozyskiwanie linków do serwisu. Każdy specjalista natomiast z ochotą przyjmie pytanie postawione bardziej neutralnie – „słuchaj, zrobiłem darmowy audyt i pokazało problemy, czy mógłbyś zerknąć i odnieść się do tego/dać znać czy powinniśmy się tym przejmować”. Zapewniam, że przy takim podejściu współpraca z SEOwcem czy z agencją będzie przebiegała dużo sprawniej. Wszak idealna współpraca z klientem to taka, gdzie klient chce się dowiedzieć więcej i zrozumieć.